MOVIE ZONE - Zatoichi
SS-NG #28 LUTY 2005






Patryk "Yisrael" Stanik
    Japońskie kino powoli, acz bezustannie wije sobie gniazdo wśród polskiej (jak i europejskiej) widowni. Widz powoli zaczyna czuć się przepełniony amerykańskimi filmami akcji bądź ichniejszymi komediami, a otwarcie się na świat wywołało szok: okazuje się, że świat ma do zaoferowania bardzo niewiele i to nierzadko lepszych tytułów niż te, jakie produkuje Fabryka Snów.
Takeshi Kitano jest kimś w rodzaju Wajdy w kinie japońskim. Wajdy, ale jakby wstecz – od filmów słabszych do coraz lepszych. Jeżeli ktoś z Was widział wspaniały film pod tytułem Lalki, na pewno pamięta, że został on wyreżyserowany przez Kitano. To znamienne, gdyż swoją akcją Lalki zupełnie odbiegają od Zatoichi'ego, najnowszego filmu reżyserowanego przez Kitano. Lalki – liryczne, bardzo wolne, przepiękne zdjęcia i wspaniałe tła, krajobrazy, nasycone kolory o raz kilka pozornie niepowiązanych ze sobą historii miłosnych, często z nie całkiem happy endem (frazesik ukuty przez Hollywood jak sądzę). Zatoichi, który właśnie wszedł na ekrany kin, to przeciwieństwo tego poetyckiego kina.


  Zatoichi (Kitano)


Zacznijmy od początku. Zapewne większość z Was będzie równie zaskoczona faktem, iż to nie jest pierwsza produkcja opowiadająca historię Zatoichiego. Dla mnie ta nazwa pojawiła się w słowniku po raz pierwszy właśnie poprzez najnowszą produkcję Kitano, jednak w Japonii Zatoichi to coś jak Bond na skalę światową – i to do kwadratu. Komiksy, filmy, seriale telewizyjne- słowem: instytucja. Ale kim jest Zatoichi dla zwykłego środkowego Europejczyka? To ślepiec, masażysta i hazardzista. Nie jest ani dobry ani zły (co szczególnie chciał pokazać Kitano, a dlaczego wyjaśnię poniżej), ale za to walczy fantastycznie. Miecz ukryty w lasce, która sprawdza drogę przed sobą, robi wielkie wrażenie, szczególnie, gdy w filmie przecina bez większego problemy kamienny pomnik. Zato, nazwa niewiadomego stanu w Japonii dziewiętnastowiecznej (kiedy dzieje się akcja filmu) jest pewnie prapoczątkiem imienia tytułowego bohatera. Zatoichi nie jest samurajem czy roninem (bezpańskim samurajem), to po prostu chłop (na Europejskie standardy feudalne), człowiek wolny, bezdomny.


  Walka w deszczu


Ważna jego rola polega na czymś w rodzaju buntu – zachowuje się on honorowo dając nauczkę niehonorowym samurajom. Chodzi od wsi do wsi szukając schronienia, domu gier (wygrywa dzięki swemu świetnemu słuchowi, który pomaga mu odgadnąć liczbę na wyrzuconych kościach) i od czasu do czasu pomagając uciśnionym, chociaż nie jest powiedziane wprost czy z pobudek prywatnych czy raczej dla szczytniejszych celów. Fabuła filmu Zatoichi przypomina trochę amerykańskie westerny czy stare filmy gangsterskie, ale przeniesione na grunt dziewiętnastowiecznej Japonii. Ot, małe miasteczko, trzy zwalczające się bandyckie grupy i przybysz z niezwykłymi zdolnościami, który robi porządek. Może i nie brzmi to ciekawie, ale Zatoichi posiada dużo więcej głębi niż przeciętny film. Główną rolę w filmie gra przede wszystkim fabuła, nie zaś sam bohater. Pokazano historię dwóch gejsz, których rodzice zostali zamordowani dla łupu (i które pałają rządzą zemsty), zwykłej biednej kobieciny mieszkającej przed miasteczkiem czy nałogowego hazardzisty. Wszystko splata się ostatecznie w jedną zrozumiałą całość, ale zanim dotrzymacie do końca, Kitano kilka razy zafunduje Wam niemałą niespodziankę.
Film jest bardzo krwisty i dość brutalny, przynajmniej jak na europejskie standardy, gdyż Japońskie filmy zazwyczaj bardziej ociekają krwią od Amerykańskich odpowiedników. Co ciekawe sam Kitano najładniej ujął efekt, jaki wykorzystał, by krewi było dużo, ale by nie raziła ona oczu widza: „Krew powinna wyglądać jak kwiaty rozwijające się na ekranie”. Czasem da się to zauważy, a wtedy owszem, efekt murowany. W ogóle historia Kitano jest ciekawa jako reżysera tego filmu, albowiem wcześniej nie chciał on kręcić Zatoichiego, którym był wręcz nagabywany. W końcu zdecydował się to zrobić by ostatecznie... samemu zagrać główną rolę, czyli wędrownego masażysty-ślepca mistrza walki mieczem. Oddajmy jednak słowa Kitano, który tak opisuje (może zbyt pompatycznie, ale trafnie) film: „Realizacja tego filmu była jednym z najbardziej artystycznych i kreatywnie satysfakcjonujących doświadczeń w mojej karierze”. Może zbyt artystycznie nie jest, ale na pewno interesująco, a czasem... przezabawnie. Wyobraźcie sobie dwóch samurajów-samouków, strachliwych i myszowatych, kiedy jeden wyciągając miecz niechcący rani drugiego. Nie wiem jak Wam, ale mnie na myśl przyszło ciepłe drwienie z Kurosawy. Albo ostatnia scena, która tym zabawniej wygląda już po oglądnięciu walk ukazujących świetną zwinność Zatoichiego – może popsuję Wam zabawę, ale na końcu Mistrz... potyka się o kamień! Zabawa filmem jest widoczna dużo częściej, jednak polecam Wam wyszukanie odpowiednich, zabawnych fragmentów.


  Yojimbo


Jeśli chodzi o akcję to znajdziecie dużą jej dawkę w Zatoichim. Walki na miecze robią wrażenie, trup ściele się gęsto, a katana błyska świetliście. Co ciekawe, główny przeciwnik Zatoichiego z premedytacją pokazany został nie jako parszywy drab, typowo czarny charakter, ale jako yojimbo – ochroniarz, który tak parszywa pracę wykonuje tylko po to, by zarobić na lekarstwa dla żony. Plusem filmu jest pokazanie innych odcieni życia niż tylko czerń i biel, zbyt często występujących w prostych produkcjach.


  Gejsze


Innymi słowy według mnie Kitano bawił się kinem tworząc Zatoichiego. Najpierw kilka lat, w ciągu których nie chciał nawet zabrać się za film o tej tematyce, a potem pochlebne słowa i wiele, bardzo wiele scen, które pokazują nam samego reżysera, a nie film. Czy to źle czy dobrze? Chyba dobrze, albowiem wynik jest ciekawy – nie żaden western z XIX-wiecznej Japonii, ale coś więcej – trochę komedii, trochę (jak w większości filmów tego kina)dramatu, ale tego spod znaku bardziej radykalnego niż Okruchy Życia. Kilka sytuacji ekstremalnych, ale nie tak, by męczyć nas – raczej, aby bawić. Przekonuje mnie do tego scena końcowa, kiedy to cała ekipa tańczy żywiołowy taniec – wtedy Kitano stawia kropkę nad i, mówi nam o tym, że to była zabawa i żeby wziąć ten film pod uwagę jako dobre chwile spędzone z kinem Kitano. Podsumowując: na Zatoichiego każdy pójść powinien – wielbiciel pustej akcji znajdzie kilka ciekawych scen dla siebie, wielbiciel humoru takoż, wielbiciel Kitano pójdzie tak czy owak, a wielbiciel Japonii spod znaku Kurosawy? Znajdzie kilka przejmujących momentów, jak najlepsza scena tańca gejszy, kiedy odkrywamy, że tak czy owak pod zabawą kryje się sztuka albo po prostu dalekowschodnia kultura.
MOVIE ZONE - Zatoichi
SS-NG #28 LUTY 2005